Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /libraries/cms/application/cms.php on line 471

Zamiast się nimi faszerować, obserwujmy nasze ciało i wyciągnijmy z tej obserwacji wnioski. Nie ekscytując się „rewelacyjnymi” rzekomo odkryciami, bazujmy na wiedzy, których źródłem są długowieczne tradycje


Kinga Buczek, NŚ 7/2017

Kolejną witaminą, jakiej wpływ na organizm ludzki wymaga weryfikacji, jest witamina D, która de facto nią nie jest. Niektórzy nazywają ją hormonem. Takie zdanie ma np. dr Colin Campbell – biochemik żywienia z czterdziestoletnim stażem, autor The China StudyNowoczesnych zasad odżywiania, gdzie przywołuje i interpretuje wyniki największego na świecie badania dotyczącego odżywiania spośród wszystkich przeprowadzonych w sygnalizowanym zakresie.

W swojej książce autor pisze, że w kwestii produkcji witaminy D okazujemy się samowystarczalni, jeśli nasza skóra jest regularnie poddawana ekspozycji na działanie promieni słonecznych. Pod ich wpływem witamina D tworzy się z prekursora chemicznego znajdującego się w naszej skórze. Możemy ją dostarczać również z pożywienia.

Witamina D magazynowana jest w wątrobie i częściowo w tkance tłuszczowej w postaci metabolitu, który spełnia funkcję zapasową. W razie potrzeby część zapasów trafia do nerek, gdzie pod wpływek enzymów produkowanych przez przytarczyce, zamienia się w bardzo aktywną formę, czyli metabolit wit. D, zwany 1,25 D, odpowiedzialny za większość funkcji, jakie spełnia witamina D w organizmie1 (mówiąc w dużym skrócie).

Obecnie wiemy, że jeśli metabolit witaminy D pozostaje przez dłuższy czas na niższym poziomie, wzrasta ryzyko kilku chorób. W tym miejscu nasuwa się proste pytanie:

co wywołuje niski poziom witaminy D?

Przyglądając się drodze, jaką substancja ta pokonuje w naszym organizmie, łatwo dojść do wniosku, że po pierwsze, może to być wątroba, gdyż właśnie w niej magazynowana jest witamina D, a po drugie, nerki lub przytarczyce odpowiedzialne za produkcję odpowiednich enzymów. Czyli: mamy do czynienia z zaburzeniem pracy organizmu, a nie ze zbyt małą podażą wymienionej substancji. Wniosek jest jednoznaczny: zamiast faszerować się suplementami, zadbajmy o sprawne funkcjonowanie organizmu.

Wróćmy do Andreasa Moritza. Jako jeden z czołowych ekspertów w dziedzinie medycyny naturalnej na świecie, dzięki swojemu holistycznemu podejściu pomógł on w powrocie do zdrowia wielu osobom, nawet w końcowych stadiach chorób, w przypadku których konwencjonalne metody leczenia okazały się nieskuteczne. W trakcie licznych podróży po świecie udzielał porad głowom państw i członkom rządów w Europie, Afryce i Azji oraz wygłaszał liczne prelekcje na temat medycyny ciała i umysłu. Jego zdanie wydaje się więc być znaczące. Akcentował on konieczność eliminacji przyczyny choroby, a nie jej objawów, a przecież zażywanie suplementów diety jest niczym innym, jak uderzeniem w objawy (teza, naszym zdaniem, całkowicie nieuprawniona, a nawet w oczywisty sposób błędna – przyp. redakcji Nieznanego Świata).

Za przyczynę większości chorób Moritz uważał nadmiernie obciążoną kamieniami wątrobę i niewłaściwie funkcjonujący układ wydalniczy, co koresponduje z odkryciami dr. Cambella i wielu innych badaczy, podkreślających rolę m. in. układu pokarmowego w utrzymaniu zdrowia.

Przyjmowanie witaminy D, szczególnie w okresie jesienno-zimowym, jest kontrowersyjnym pomysłem, który obecnie został podniesiony do rangi nakazu, nagminnie przekazywanego w wielu publikacjach zarówno mamom zaraz po urodzeniu dziecka, które rzekomo witamina ta ma uchronić przed krzywicą, jak i wszystkim osobom dorosłym. Szkoda tylko, że rzadko wspomina się o skutkach ubocznych zażywania tego suplementu.

Dla noworodka najlepiej skomponowanym produktem, który całkowicie powinien pokryć jego zapotrzebowanie na wszelkie substancje, jest mleko matki. A krzywica dotyka głównie dzieci karmione MM.

Mleko matki zawiera odpowiednią ilość laktozy i kazeiny, a oba te składniki są doskonałymi nośnikami wapnia. Zatem głównym powodem krzywicy u dzieci okazuje się brak mleka rodzicielki i ekspozycji na działanie promieni słonecznych, a nie sam niedobór witaminy D.

Mało się też mówi o zatruciu witaminą D, które wywołuje stan bardzo podobny do krzywicy. Profesor Ernst Lindner z Uniwersytetu Giessen w Niemczech ostrzega, że przyjmowanie zbyt dużych dawek witaminy D prowadzi do wypłukiwania z kości wapnia. Ostrzega również przed niebezpieczeństwem spożywania żywności z dodatkiem witaminy D. Mleko, np. krowie, zwiększa jej siłę działania nawet do 10 razy!

Raport przedstawiony przez Uniwersytet Tromso w Norwegii wykazał, że długotrwałe przyjmowanie witaminy w dawce zwiększonej jedynie o 400 j.m. w stosunku do zalecanej ilości (a przecież co poniektórzy biorą nawet po 40 000 jej jednostek i więcej na dobę!) może wywołać zawal serca, choroby zwyrodnieniowe stawów i zapalenie stawów. Potwierdziły to ustalenia Szpitala Uniwersyteckiego Goldwater Memorial w Nowym Jorku, mówiące m.in. o tym, że duże dawki witaminy D mogą powodować niedobór magnezu w tkankach serca i spowodować zawał.2

Szczególnie powinny uważać kobiety w ciąży. Nadmierne spożycie witaminy D prowadzi do zwapnienia nerek i ciężkiego upośledzenia umysłowego ich potomstwa, deformacji kości twarzy, a nawet wystąpienia wrodzonej wady serca, zwanej nadzastawkową stenozą aortalną.3

Nie sposób również przejść obojętnie wobec treści, jakie publikuje rosyjski chemik i biolog polskiego pochodzenia, autor książek o tematyce zdrowotnej, przetłumaczonych na 12 języków, profesor Michał Tombak. To niewątpliwie wybitny specjalista, którego wskazówki dotyczące dbania o zdrowie pomogły ogromnej ilości ludzi. Neguje on zarówno konieczność przyjmowania witaminy D, jak również popularnej obecnie K2MK7 i prezentuje fakty, którym trudno zaprzeczyć.

Według profesora (Michał Tombak nie jest profesorem - przyp. )

syntetyczne witaminy łatwo przedawkować, jeśli nasza wątroba nie pracuje prawidłowo

a w dzisiejszych czasach o to nietrudno. Dlatego do suplementacji syntetycznej należy podchodzić z dużą ostrożnością. Zwłaszcza że wyniki badań szlaku metabolicznego witaminy D mogą nie być wiarygodne. Na ich podstawie bowiem zaobserwowano jej niedobory w równym stopniu u mieszkańców zarówno Polski, jak i Meksyku, Dominikany, Hiszpanii, Rosji, Niemiec, USA i innych krajów.

Czy fakt ten nie wydaje się dziwny, choćby ze względu na nasłonecznienie, jakie występuje w niektórych z wymienionych krajów? I jeśli to ekspozycja na działanie promieni słonecznych jest głównym sposobem pozyskiwania witaminy D (co biorąc pod uwagę powyższe informacje wydaje się nie być jedyną prawdą), co powinniśmy uczynić, aby nam tej witaminy nie zabrakło zimą?

Witamina D, jak zaznacza profesor Tombak, powstaje pod wpływem promieniowania ultrafioletowego o długości fali 280-310 nm. Niezależnie zaś od tego, czy słońce świeci, czy nie, na powierzchnię Ziemi dociera promieniowanie UV długości 400-290 nm. I choć niewątpliwie podczas pogodnych dni i wystawiania skóry na działanie promieni słonecznych produkujemy największą ilość witaminy D, nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że w okresie jesienno-zimowym mamy obowiązek jej suplementowania. Być może wystarczający w tej kwestii byłby codzienny spacer na powietrzu. Profesor Tombak podpowiada, że w samą produkcję witaminy D być może są zaangażowane jeszcze inne organy.

suplemw

Fot. Ragessos (CC BY-SA 3.0)

Witamina D jest obecna w wielu produktach spożywczych. W takiej, naturalnej postaci nie da się jej przedawkować. Inaczej sprawa wygląda z witaminami syntetycznymi. Na ulotce dowolnego preparatu syntetycznej witaminy D wymienione zostały przeciwwskazania do jej stosowania i ewentualne efekty uboczne przedawkowania suplementu, które stwierdzono w toku badań i które okazują się trudne do podważenia. Objawy te są mało charakterystyczne i ciężko powiązać je właśnie z przedawkowaniem suplementu diety. Należą do nich: wymioty, nudności, biegunka, po której następuje zaparcie, utrata apetytu, znużenie, ból głowy, ból mięśni, ból stawów, osłabienie mięśni, senność, azotemia, nadmierne pragnienie, wielomocz i odwodnienie, metaliczny smak w ustach. Przy dużych stężeniach wapnia we krwi występują zaburzenia czynności serca, silne bóle brzucha, które mogą być przyczyną zapalenia trzustki, zaburzenia nastroju, niewydolność nerek i układu krążenia, kamica nerek, zwapnienie naczyń, psychozy, a nawet śpiączka. Dodatkowo zaobserwowano takie działanie niepożądane, jak: dolegliwości żołądkowo-jelitowe, zaparcia, wzdęcia, bóle brzucha lub biegunka oraz reakcje nadwrażliwości: świąd skóry, wysypkę, pokrzywkę. U dzieci może ponadto wystąpić zahamowanie wzrostu.

Czy większość osób, podających dzieciom witaminę D, zastanawia się nad tym? Z moich obserwacji wynika, że zdecydowanie nie.

Witamina D znajduje się w wielu naturalnych produktach, które spożywają dzieci. Oprócz tego w postaci syntetycznej wchodzi ona w skład licznych artykułów spożywczych, np. mleka (o toksyczności mleka z dodatkiem witaminy D pisał Andreas Moritz w swojej książce Ponadczasowe Tajemnice Zdrowia i Odmładzania). O przedawkowaniu więc, szczególnie u dzieci, nietrudno.

Należy również przyjrzeć się baczniej przyjmowaniu syntetycznej witaminy D przez kobiety ciężarne lub karmiące piersią. Np. w ulotce popularnego leku Vigantol napisano: Lek Vigantol podczas ciąży powinien być przyjmowany wyłącznie wtedy, gdy istnieje wyraźne wskazanie do jego stosowania i tylko w ilości, która jest absolutnie konieczna do uzupełnienia niedoboru witaminy D. Podczas ciąży należy unikać przedawkowania witaminy D, ponieważ hiperkalcemia może prowadzić do opóźnienia rozwoju fizycznego i umysłowego, nadzastawkowego zwężenia aorty oraz retinopatii (zaburzenia siatkówki oka) u dziecka.

Czy zacytowane informacje nie są zbieżne z tymi, prezentowanymi przez naczelnego znachora Polski, Jerzego Ziębę? Nie bardzo. W jego książce bowiem czytamy, iż niejaki dr Hollis wykazał, że podając kobietom w ciąży 4 000 IU witaminy D, czyli 10 razy więcej niż jest to zalecane, nie stwierdził u nich żadnych negatywnych zmian, czy też skutków ubocznych. (…) W jej [matki] mleku – pisze autor Ukrytych terapii – znajdowało się, uwaga… 8 000 IU witaminy D w jednym litrze. Wykazał [dr Hollis], że zgodnie z wynikami jego badań, w zasadzie nie jest możliwe, żeby doprowadzić do jakiejkolwiek toksyczności witaminy D nawet w wysokim zakresie podawanych dawek.4

Jak zatem informacje te interpretować? I jak podchodzić do sformułowania „w zasadzie”? Logicznym podejściem wydaje się zachowanie w tej kwestii ostrożności i co najmniej unikanie tak nieprecyzyjnych sformułowań w przypadku jeszcze nienarodzonego dziecka, które zaufanie matki do prezentowanych argumentów mogłoby przypłacić zdrowiem lub wręcz życiem.

W dalszej części Ukrytych Terapii czytamy o podobnych doniesieniach, dotyczących konieczności uzupełnienia mleka matki w dostateczne (duże!) dawki witaminy D. A przecież w samym mleku matki występuje jej mało. Skoro zaś tak, to istnieje ku temu jakiś powód – dziecko nie potrzebuje jej dużo, a krzywica, jak już wspomniałam w ślad za Moritzem, dotyka głównie dzieci karmione mlekiem modyfikowanym, które, wydawać by się mogło, wraz z nim przyjmują odpowiednie ilości tej substancji. I jak tu nie zwariować?

Mam nieodparte wrażenie, że

medycyna naturalna zbacza ze swej drogi

która jeszcze do niedawna prowadziła ku naturze, odkrywając przed nami tajniki ziołolecznictwa, homeopatii, naturalnych metod oczyszczania organizmu, naturalnych probiotyków pobudzających układ odpornościowy… itp. Niepokoi coraz częstsze powoływanie się na konieczność zażycia tabletek (witaminek rzecz jasna) w celu poprawy zdrowia. A przecież doprowadzenie organizmu do równowagi wymaga nieco więcej poświęcenia. Na temat metod radzenia sobie z dolegliwościami w sposób rzeczywiście niekonwencjonalny można by napisać wiele. Przykładem niech będzie dorobek naukowy licznych wybitnych i cenionych, zarówno w Polsce, jak i na całym świecie, lekarzy, naukowców, znachorów… Warto wymienić tu chociażby dr Ewę Dąbrowską, autorkę diety owocowo-warzywnej, dzięki której mnóstwo osób leczy się z wielu zaburzeń. Wyklucza ona podczas postu wszelkie suplementy diety na rzecz spożywania jedynie warzyw i owoców. Podobnie wygląda to w przypadku znanej na całym świecie metody leczenia autorstwa lekarza polskiego pochodzenia, Maxa Gersona.

Inną wybitną postacią, stosującą w leczeniu przewlekle chorych ludzi oczyszczanie i właściwą dietę jest doktor nauk biologicznych Nadieżda Siemionowa, prowadzącą od ponad 20 lat Szkołę Zdrowia „Nadzieja”, do której przybywają ludzie z całego świata. Nie sposób pominąć również dorobku doktor w dziedzinie fizyki i chemii Johanny Budwig, wybitnego rosyjskiego naukowca profesora Borysa Bołotowa, profesora Iwana Nieumywakina, ukraińskiego uzdrowiciela Jewgienija Lebiediewa, wspomnianych już doktora Moritza i profesora Tombaka. Dodajmy do tego grona wybitnych zielarzy, homeopatów, bioenergoterapeutów, radiestetów, lekarzy medycyny chińskiej, osoby zajmujące się masażem starosłowiańskim, i wielu, wielu innych, z których rad korzystam na co dzień, gdyż nigdy nie przysporzyły mi problemów, czego niestety nie mogę powiedzieć o suplementach diety.

Przyglądając się całej tej grupie ludzi i ich sposobom leczenia wielu dolegliwości, bez wspomagania się suplementami diety, sama osobiście wątpię w to, by syntetyczne zamienniki naturalnie występujących w przyrodzie substancji aktywnych były konieczne do przyjmowania. Mam wrażenie, że zarówno nauki medyczne, jak i dietetyka, nie doceniają wrodzonej mądrości organizmu. Na ludzkie zdrowie składa się bowiem szereg czynników ekologicznych, społeczno-ekonomicznych, duchowych, jak również nasze myśli, uczucia, a nawet pamięć poprzednich żywotów, i kto wie, co jeszcze… Jedyną drogą ku zdrowiu wydaje się być zatem praktykowanie zasad zdrowego stylu życia (zarówno poprzez dietę, jak i sport, techniki relaksacji, medytację/modlitwę), przy jednoczesnym unikaniu chemicznych substancji zawartych w żywności.

Musimy nauczyć się odczytywać wskazówki wysyłane przez nasz organizm. Należy również wystrzegać się ludzi „wszechwiedzących” i wyznających „jedyną” prawdę. Obserwujmy nasze ciało i wyciągajmy z tej obserwacji wnioski, bazujmy na wiedzy opartej na długowiecznej tradycji, np. medycyny chińskiej, słowiańskich praktyk uzdrawiających, ziołolecznictwa, Natomiast wszelkie „rewelacyjne” odkrycia traktujmy z przymrużeniem oka. Dzisiejszym światem rządzi pieniądz, a nie chęć pomocy innym. Wzbogacone witaminowo produkty spożywcze oraz suplementy diety stały się swego rodzaju polisą na życie, dzięki której osoby palące papierosy, jedzące nadmierne ilości mięsa, cukru, pijące w nadmiernej ilości alkohol mogą nadal kontynuować samowyniszczające się nawyki bez obawy o niedobór witamin. Jak by tego zaś było mało, badania naukowe (finansowane przez producentów witamin) sugerują, że, biorąc duże dawki suplementów, możemy uchronić się przed chorobami, choć sama na własnej skórze przekonałam się, że tak nie jest.

Zażywanie suplementów diety można porównać do iluzji, która doraźnie „tuszuje” niedoskonałości, by po pewnym czasie uderzyć ze zdwojoną siłą.

Przypomina to błędne koło wkręcające nas w cały ciąg następujących po sobie sytuacji, ostatecznie i tak kończących się tym samym: niemożności zażegnania i rozwiązania konfliktu, który rozgrywa się w naszych ciałach. Efektem jest poszukiwanie kolejnych „specyfików”, mających polepszyć nasze zdrowie, co wciąga nas w otchłań następujących po sobie reakcji ubocznych, które wynikają z naszego zachowania, stanowiącego rezultat zawierzenia postronnym osobom.

Z danych dotyczących sprzedaży wynika, że opinia publiczna wierzy w suplementy diety i coraz chętniej po nie sięga. Najtrudniej przyznać się do błędu. Ale może co poniektórzy powinni tego dokonać, aby Bogu ducha winni ludzie, którzy nie ufają w standardowe metody leczenia, nie musieli własnym zdrowiem płacić za pseudonaukowe zapewnienia o nieszkodliwości niektórych środków, określanych mianem suplementów diety.

Żywię głęboką nadzieję, że ktoś kompetentny zechce się wypowiedzieć na ten temat, a przytoczone w artykule informacje będą przestrogą dla osób niezdających sobie sprawy z niebezpieczeństwa, na jakie niektórzy nas wystawiają, a jednocześnie bodźcem do poszukiwania prawdy o naszym organizmie i rządzącymi nim prawami.

Artykuł pochodzi z numeru 7/2017 NŚ. Czytaj część pierwszą

Zobacz także: Polemika Marka Rymuszko & Anny Grabskiej-Walczuk, Anny Ostrzyckej, Piotra Derentowicza oraz Beaty Peszko z tezami Kingi Buczek


Przypisy:

  1. Barger-Lux M. J., Heaney R. i in., 1998: Vitamin D and its major metabolites: serum levels after graded oral dosing in healthy men, Osteoporosis Int., nr
  2. http://www.mgwater.com/Seelig/Magnesium-Deficiency-in-the-Pathogenesis-of-Disease/chapter12.shtmlhttp://jamanetwork.com/journals/jama/article-abstract/294384
  3. Andreas Moritz, Ponadczasowe tajemnice…
  4. Jerzy Zięba, Ukryte Terapie

 

 

 
 
Joomla Extensions